Możliwość omówienia niezwykłych wydażeń nadażyła się dopiero wieczorem, wcześniej bowiem Claw został "zaprzęgnięty" do koszenia trawy, kiedy zaś skończył, jego siostra właśnie została wraz z Lilą oddelegowana do gotowania zupy na dzień następny, później natomiastbyła masa innych rzeczy do zrobienia. W rezultacie mogli porozmawiać dopiero wieczorem, pakując wszystkie przedmioty zagracające niemożliwie ich biurka, a które chcieli zawieźć do zamku.
- Czy nie uweżasz, ze ten pokój obok naszego powinien zajmować Janek i, ewentualnie, Bartuś? - zapytał Claw, szalenie zajęty pakowaniem do pudełka starannie owiniętych w małe, kuchenne ręczniki noży. - Och! - krzyknął nagle, przyglądając się uważnie ostrzu długiego, stylizowanego na elficki, noża. - Zobacz tylko! Szczerba! Na moim ukochanym Salvinusie!
- No co ty nie powiesz? - mruknęła jego siostra, troskliwie owijajac bliżej nie zidentyfikowanym kawałkiem materiału (kiedy Ju pytała ją później, czy nie widziała gdzieś jej szalu, miała niejasne wrażenie, że to mógłbyć być właśnie on...) glinianego anioła z laptopem, którego dostała od cioci z Niemiec. - A mówiłam, żebyś nim nie ciął tego stalowego prętu. A co do Janka to masz rację.
- Wiem o tym. Poza tym to nie moja wina, że oni tam dodali jakiegos świństwa. To nie była zwykła stal. A mój Salvinus i tak jest lepszy. Nie moja wina, że był za mało zaostrzony.
- Acha... Jasne... - Clawi wciąż doskonale pamiętała pojedynek Salvinusa i długiego, mocnego, stalowego prętu. Claw chciał sprawdzić, co jest twardsze, jego nóż, czy pręt. Okazało się, że jednak pręt. Jakkolwiek była przekonana, że jej wspaniały Magnelitius, czy chodźby Elfind poradziłyby sobie lepiej. Ale nie była na tyle głupia, żeby to sprawdzać. Pozwoliła sobie wyrzucić z pamięci fakt, że bynajmniej nie protestowała, kiedy Claw zdecydował cię na pojedynek nóż contra pręt, jak również, że gorąco kibicowała Salvinusowi i była pewna jego zwycięstwa. Oboje błyskawicznie uosabiali wszystko, co ich otaczało, zwłaszcza broń, dlatego też nie wiele brakowało, aby Claw włożył nóż do łóżka, zrobił mu kompres, przykrył kocykiem i siadł nad zapomnianym dotąd ostrzem, ściskając go czule za rękojeść i wylewając próżne łzy. Naszczęście nie miał na to czasu, bo przypomniało mu się, że gdzieś pod łóżkiem pęta się Glaciel, również potrzebujący pilnego pobytu w dobrym szpitalu, względnie u dobrego kowala, z powodu nie tak znowu dawnego starcia z Khanshirem, ulubionym mieczem Artura.
- No dobra, wróćmy może do tematu. - zaproponowała Clawi. - Co sądzisz o tamtym piesku? Bo moim zdaniem to jest jakiś mocny szwindel.
- Pewnie. Żaden normalny pies nie pojawia się z nikąd. Poza tym to było jakieś takie... nietypowe. Nie widziałem jeszcze nigdy takiego wielkiego psa.
- Ja też nie. Pamiętasz tego wilka w Zoo? To było przecież strasznie wielkie bydlę! A ten był jeszcze większy!
- Tej wielkości to są młode niedżwiedzie. W dodatku miał potwornie dziwne oczy, zauważyłaś? Takie... no... srebrne jakby.
- Właśnie. Srebrne. Psy nie mają srebrnych oczu. Błękitne, to jeszcze owszem, czasem nawet lekko szarawe, ale nie srebrne!
- Wogóle, gdyby nie te włosy, to bym uważał, że nam się to przyśniło, albo że to, jak twierdziłaś na początku, fatamorgana.
- Ale jak już wiemy, to, przynajmniej teoretycznie, prawda.
- Tylko że to nam kompletnie nic nie daje. Jeżeli istotnie to prawda, to co? Możemy z tym coś zrobić na chwilę obecną?
- Myślę, że tak. Coś można zrobić zawsze.
- "Coś"? - powtórzył Claw ironicznie. - Punkt drugi. Skoro wiemy już, że możemy coś zrobić, to teraz pytanie kolejne: CO możemy zrobić? Bo sam fakt, ze możemy "coś" zrobić, absolutnie nic nam jeszcze nie daje. Bo co zrobimy? Złapiemy go? A może schowamy się w łazience, łudząc się, że tam nas nie dorwie?
- Co oczywiście nic nam nie da - wtrąciła się Clawi. - Bo, jak wszyscy wiemy, on nie zwykł używać takich prozaicznych rzeczy, jak drzwi.
- No to co zrobimy?
- Nie wiem. Możemy wyjść niebezpieczeństwu na przeciw i go poszukać, albo spróbować przejść do codzienności. Ani jedno, ani drugie mi się zresztą nie podoba.
- Motywy proszę. - oznajmił Piekielny, pakując troskliwie stosik płyt. - Trudno mi stwierdzić, czy pomysł jest dobry, czy nie, jeżeli nie mam twojej opinii i motywów, dla których tak,a nie inaczej uważasz.
- Skoro mój drogi brat sobie tego właśnie życzy... Poszukanie go wydaje mi się nie mądre, bo może nam coś zrobić, rozszarpać na przykład. Nie sprawia wrażenia łagodnej owieczki, jest dużo silniejszy od nas i w razie czego nie obronimy się przed nim. A drugi pomysł to już zupełny idiotyzm pomieszany z kretynizmem, bo jakby nie patrzyć, zawsze marzyliśmy o magii i niesamowitych przygodach, a teraz nasza prośba została wysłuchana. Ale mamy dwie możliwości. Możemy ją głupio zignorować i cieszyć się życiem codziennym, z czego nic oczywiście nie będzie, lub też zaryzykować i spróbować to wykorzystać do urozmaicenia monotonii dnia codziennego. Zresztą... Nie wiem, czy ty też to wyczułeś, ale... on właściwie nie sprawiał wrażenia, jakby chciał nam coś zrobić. Bałeś się go?
- Właściwie... to nie. Przerażał mnie sposób, w jaki się pojawił, jego wygląd i te jego oczy, ale.. Masz rację. Nie czułem strachu przed NIM, tylko jakoś... Nie wiem jak to nazwać.Jakbym go znał i wiedział, że mi nic nie zrobi, ale równocześnie bał się tego, co się z nim wiąże, tych okoliczności, tej mocy która sprawiła, że się tam pojawił, a nie jego.
- No właśnie. Dlatego przejście do codzienności odrzucamy kategorycznie.
- To co zrobimy w takim razie? - spytał chłopiec odrywając się od zardzewiałej, końskiej podkowy, pamiętajacej jeszcze zapewne czasy młodości pradziadka Piekielnych, należącej rzekomo do jego bojowego rumaka o wdzięcznym imieniu Lussifear.
- Nie wiem. Chyba najlepiej będzie, jeżeli spróbujemy tę sprawę drążyć, ale nie na ha i hurra, tylko jakoś rozsądnie i ostrożnie. Wiesz - żeby nie szukać go zbyt nachalnie i się głupio narażać, tylko właśnie trzymać rękę na pulsie i pilnować, co się dzieje, a w razie czego, jakby się nadarzyła sposobna okazja, interweniować. Co ty na to?
- Chyba tak będzie najlepiej - mruknął Piekielny, utraciwszy nagle radość z życia. - Tylko pytanie, czy nam z tego cokolwiek wyjdzie. Pamiętasz chyba, jak to było z poszukiwaniami Pompka? A przecież upieraliśmy się, że będziemy działać rozsądnie.
- To nam nie wyszło najlepiej - uśmiechnęła się dziewczyna, zobaczywszy oczyma duszy siebie i brata skulonych na ziemi i bardzo przerażonych, zaraz po tym, jak w poszukiwaniu zaginionego wieprza wpadli na czyjeś pastwisko, na którym pasły się białe byki - reproduktory. Zwierzęta były akurat nie w chumorze i ich zaatakowały. Piekielni uciekli przez płot a rozwścieczony buchaj rozwalił go bez problemu i pognał za nimi dalej. Trzy pozostałe byczki niestety również nabrały ochoty na biegi przełajowe i zamiast szukać tylko jednego Pompka, trzeba było szkać jeszcze czeterech buchaji, raczej niezbyt mile usposobionch. - Co jest? - spytała naraz zdziwiona, dostrzegłwszy wreszcie nagły smutek, który opanował jej brata.
- Ach nic... - odparł, nie patrząc na nią - Tylko że przypomniało mi się coś.
- CO ci się przypomniało? - spytała z niepokojem.
- Muszę jeszcze pozmywać. Nadal jest mój tydzień, a przez przeprowadzkę nastroje panują średnie.
- Ty głupi!!! - wrzasnęła siostra pocieszająco - Jeszcze nie pozmywałeś?! Szoruj do kuchni, bo nam zrobią niezłą awanturę!
- Idż potworo... - wymamrotał niewyraźnie i powlókł się do kuchni.
Clawi siedziała w pokoju pakując do tegturowego pudła, napełnionego uprzednio watą wycyganioną uprzednio od babci, ludziki i konie z kasztanów i żołędzi i rozmyślała nad tym, jakie to piękne, że jej tydzień zmywania skończył się trzy dni temu. Chwilę później do drzwi jej umysłu zaczęło walić młotem pnęłmatycznym stworzonko zwane przez pospolitych ludzi sumieniem. Ona i Claw nazywali je "Oczkami", ponieważ miały one przeważnie (przynajmniej w ich wyobraźni) formę niebieskich oczek w mroku.
Teraz właśnie oczka weszły na scenę.
"Czy nie uważasz, że to trochę nie w pożątku względem twego brata?", pisnęły.
"Niby czemu? Jest jego tydzień, niech się wywiązuje z obowiazków. Dlaczego niby ma mieć łatwiej niż ja?"
"Przecież to twój brat, przecież go kochasz! Poza tym on ci zawsze pomagał, kiedy zmywałaś."
"Nie kazałam mu.
"Pewna jesteś? Ale tak czy inaczej on to dla ciebie zrobił, chociaż też miał ciekawsze rzeczy do roboty. Ty też byś sie mogła wysilić"
"Spadaj!"
"Nie ma mowy. A zresztą... co ci to da? Jak mu nie pomożesz, Claw będzie smutny. Przecież tego nie chcesz?"
"No dobrze, niech ci będzie" - poddała się Piekielna i udała się do kuchni, ażeby wspomuc swego brata w walce z tyrania garów.
* * *